Jest szybka, zwinna, płynna w obrotach, jak tańcząca z obrazu art deco. Dziecko na lewej ręce lub w nosidełku, bo bliżej serca, bliżej lewego policzka, kiedy prawa dłoń trzyma aparat. Trzaska migawka raz za razem. Seria zdjęć. Trzeba zarabiać. Dom ciągle w budowie; którego jej zazdroszczą, bo sprawia wrażenie potężnej bryły. Trójka dzieci. Wyznaje, że lubi wszystko, co duże: duża przestrzeń, duży dom, dużo dzieci. Zmiana filmu. Mateuszek ląduje na tylnym siedzeniu. Ruszamy. Szybko, miękko i pewnie prowadzi samochód. Laboratorium w Chorzowie, zebranie w Związku Polskich Artystów Fotografików w Katowicach, wieczorem dzieci trzeba podrzucić na basen w Czerwionce. Chwila oddechu w czasie ich kąpieli. Nazajutrz wykłady w Policealnym Studium Fotograficznym w Bielsku-Białej, po drodze wpada do Instytutu Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Patrzę na jej młodą, zmęczoną twarz. Pijemy kawę, smakujemy lody z rumem, rozmawiamy o sytuacjach, o ludziach, o światłach, o kreacjach. Lubię z nią rozmawiać, bo sięgamy do istoty przedmiotu, do odpowiedniej formy w przestrzeni, a to już jest kreowanie sytuacji. Czysta materia, bo Maria jest artystką bez przymiotników. Wymyka się modom i ideologiom. Nie opiera aparatu na aureoli świętych ani nie umieszcza europejskich gwiazdek, ani nie urządza szokujących happeningów. Jest artystką poważną, świetnie wykształconą w Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, w czeskim Instytucie Fotografii Artystycznej, który wspomina bardzo ciepło. Zdobyła sobie uznanie krytyków, teoretyków, kręgów artystycznych także poza granicami kraju.Patrzę na jasną twarz, na jasne włosy. Pamiętam jej pierwsze próby w Miejskim Ośrodku Kultury, jej pierwsze fascynacje dziecięcym zdziwieniem i ciekawością świata. Portrety. Dokumenty. Później nadszedł czas rozbijania struktury przedmiotu w kolorze ("Szkło"), zabawa kolorem ("Wizje"), zgłębianie ludzkiej duszy ("Panopticum") i powrót do czarno-białego wymiaru, gdzie zaskakuje intelektualną dojrzałością przeciągania światła przez mrok ("Relacje"). Czasem po "rembrandtowsku"jak chiński kaligraf operuje tylnobocznym światłem, czasem tonalnie we wnętrzu, czasem miękko po fałdach. Nic nie dzieje się przypadkowo, nie ma elementów zbędnych, ozdobników, a co najbardziej urzeka, to kreacja świata w klasycznej triadzie: kobieta, mężczyzna, dziecko - lub kobieta, mężczyzna i trzecia osoba w przytłumionej ostrości, w przymgleniu tajemnicy miłości. Gest oddziela i łączy jednostkowe byty, wyznacza zależności, sygnalizuje pragnienia i niebezpieczeństwa wpisane w płaszczyznę porozumienia z widzem. "Relacje" właśnie są świadectwem dojrzałości humanistycznej, czego dowodem była publikacja tych zdjęć w czeskim kwartalniku (Alternativa Plus, Nr 3-4 2003) poświęconemu sztuce, krytyce, literaturze i historii. Po dziesięciu latach wraca do dokumentu. Robi na nowo cykl zdjęć w Domu Pomocy Społecznej w Orzeszu. Z pełną determinacją otwiera przed nami byty jednostek dotkniętych chorobą Little'a. Wystawia prace w Rybniku (Powiatowa Biblioteka Publiczna) i w Galerii Związku Polskich Artystów Fotografików w Katowicach. Dla patrzących i niewidzących autorka umieszcza przypisy, chociaż tak naprawdę komentarze są zbyteczne: Z postaci wydobyła czysty i silny głos: JESTEM. JA, JESTEM NA TEJ ZIEMI. O sobie również ma prawo powiedzieć: JESTEM. Cicho, bo patos nie byłby tu na miejscu. Rozstajemy się na skrzyżowaniu ulic Wita Stwosza i Ligonia w Katowicach. Znajomy pyta: "Kto to był?". Unoszę palec wskazujący do góry, jak rabin próbujący kosmosu: Pani Maria Śliwa - odpowiadam.

Stanisław Krawczyk